Pokazywanie postów oznaczonych etykietą histerie poligraficzne. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą histerie poligraficzne. Pokaż wszystkie posty

13 paź 2020

Nie wiem o co cho.... Czyli jak to jest z tymi klyentami w agencjach reklamowych. III

Dzwoni stały klient. Zamówienie jednak ma niestandardowe jak na niego. Potrzebny mu (a właściwie jego żonie w imieniu której dzwoni) szablon pod malowanie pewnych cosiów na drewnie. Szablon ów ma spełniać dwa kryteria:
- ma być wykonany z czegoś cienkiego, ale sztywnego i...
- i gotowy do odbioru za dwie godziny.
W takiej sytuacji mogłem zaproponować coś sztywnego, ale na dzień następny (konieczność sprowadzenia odpowiedniego materiału) albo z folii, acz gotowe na dzisiaj. Dla pewności pytam klienta, czy szablon ma być do użytku jednokrotnego. Klient stwierdza, że tak, to ma być jednorazówka. Pada zatem na folię.
Godziny mijają nie dwie, ale pięć. Przyjeżdża żona klienta po szablon i zaczyna płakać, iż miał on być sztywny. Uspokajam sytuację, opisuję zasady przyklejania szablonu i gwarantuję jego trwałość na to jedno użycie. I w tym momencie klientka wypala: ale my jednorazowo chcemy pomalować kilkanaście elementów z tego szablonu.
Jak ktoś czegoś nie zrozumiał, to uspokajam. W tej sytuacji też nie ogarniam wielorazowości jednorazówki...


............


Był sobie klient. Typ spod sypiącego się bloku, wyznawca trzech pasków na odzieży i właściciel firmy budowlano-wszystkorobiącej. Zamówił oklejanie samochodu. Nie. Samochód to za dużo powiedziane. Oklejanie zielonego złomu, o! Projekt wykonany, wysłany na maila z wyceną, całość zaakceptowana, termin oklejania wybrany. Póki co jest git. Przychodzi jednak dzień zabawy i klienta z rdzą na kołkach nie widać i nie słychać. Mówi się trudno, może coś wypadło, na przykład silnik z podwozia. Poczekałem dni kilka na kontakt ze strony klienta, ale w eterze cisza. Znudzony czekaniem namaziałem maila z propozycją kilku kolejnych terminów. Nadal cisza. Po dniach paru jeszcze odczekanych dzwonię i przedstawiam sytuację klientowi w słowach delikatnych, że folia jest gotowa, w pierwszym terminie pana nie było, w kwestii innych zaproponowanych w wysłanej wiadomości nic pan nie odpowiedział. Jako odpowiedź usłyszałem: NIE WIESZ, PO CO <VR\/\/@ MASZ TELEFON?! JA NIE MAM CZASU <VR\/\/@, CZYTAĆ MAILI!!. No, delikatny typ. Czyli trzeba się zniżyć do poziomu zamrażania głosem. Zatem: po pierwsze, nie <VR\/\/@. Po drugie, po co zatem panu mail na wizytówce, skoro nie czyta pan otrzymywanych wiadomości. Dalej poszło już w miarę ugodowo...


............


Przyjechał sobie klient. Chciał, aby okleić mu koguta. Aby uniknąć dwuznaczności, doprecyzować muszę, że mowa o tym samochodowym, na dachu umieszczanym. Klient ów reprezentował jedną z najbardziej poszkodowanych (cichy śmiech) grup zawodowych w tym kraju - taksówkarzy nękanych przez lepszą i tańszą konkurencję.
Przybył nie sam. Przyjechała z nim żona. I to chyba za karę, bowiem chciała jak najszybciej od nas uciec (lub od niego). Przy omawianiu tak prostej rzeczy, jak kilka liter z czarnej folii spędziliśmy z typem bite dwie godziny. Na każdym, nawet najprostszym pytaniu zawieszał się na kilka minut, w czasie których wydawał z siebie takie zombiacze yyy.... Po prostu człowiek - roślina - myśl konająca. Na jego brak reakcji pomagały jedynie ciosy wymierzane przez małżonkę. Choć dzięki nim się budził, to niestety nie leczyły braku zdecydowania. Niemniej coś udało się dogadać. Do koguta doszły jeszcze naklejki na szyby.
Na umówioną godzinę (ok. 10 rano) klient oczywiście się nie zjawił. Zgodnie ze wszystkimi znakami na niebie i ziemi pojawił się na pięć minut przed zamknięciem oraz klasycznie wymagał, aby mimo późnej godziny zabrać się za dzieło klejenia. Sorry Batory, zapraszamy w kolejnym wolnym terminie za trzy dni.
Za drugim podejściem zjawił się o czasie. Standardowo ponarzekał na jakość oklejenia koguta. Miał pretensje, że spod folii widać stare przebarwienia na włączonym świetle, gdzieś jakąś rysę widzi i takie tam standardowe narzekania. Na nic tłumaczenia, że oklejanie starych i zniszczonych kawałków plastiku nie sprawi, iż zaczną wyglądać niczym nówki nieśmigane. Takie cuda tylko na nowych elementach możliwe. Jednak to jeszcze nie był koniec.
Elementu, który miał zdemontować, aby dało się okleić tylną szybę (strasznie dużo zakrywający kawał plastiku) oczywiście nie zdemontował, bo ja garażu nawet nie mam, a pod blokiem coś robić to wstyd. Na domiar złego i nie przyjemnego na siłę "pomagał" nam przy klejeniu, pracę tym samym jeszcze bardziej utrudniając i wydłużając. Ech...
Po jego wizycie zastanawiamy się nad zmianami w cenniku oklejania pojazdów. Wstępnie takie mamy nowości:
- patrzenie monterom na ręce - +10% do ceny końcowej
- patrzenie monterom na ręce i komentowanie - +20% do ceny końcowej
- pomaganie w klejeniu - +50% do ceny końcowej

29 sie 2020

Nie wiem o co cho.... Czyli jak to jest z tymi klyentami w agencjach reklamowych. II

Jak wkurzyć pracowników agencji reklamowej. Poradnik dla średnio zaawansowanych w iluś tam krokach.

1. Załóż firmę i przez kilka lat ją rozwijaj.

2. Zostań Januszem biznesu.

3. Kup nowy samochód dostawczy. W leasingu oczywiście.

4. Przyjedź do nas w celu wyceny oklejenia pojazdu. Możesz tym samochodem, który chciałbyś mieć oklejony. Możesz też innym.

5. Narzekaj na trwałość reklamy w postaci liter i grafik wycinanych z folii. Przy okazji wspomnij, że poprzedni samochód z reklamą traktowałeś myjką wysokociśnieniową i ostrą szczotką - folia lubi to!

6. Zażądaj reklamy wykonanej z folii z nadrukiem wklejonej we wnęki, a najlepiej na całym samochodzie.

7. Płacz i stękaj, że drogo, bo myślałeś, że takie coś to koszt maksymalnie czterystu złotych - brutto rzecz jasna.

8. Wymyśl, co chcesz mieć na samochodzie. Koniecznie zaznacz, że najważniejsze w reklamie informacje są niepotrzebne.

9. Zdecyduj się na folię czerwoną (nie może to być czerwień strażacka) jako kolor główny i czarną jako kolor dodatkowy.

10. Z próbnika folii wybierz folie: czarną i koniecznie czerwień strażacką.

11. Na odchodne poproś o projekt na maila, aby syn mógł zobaczyć.

12. Czekaj na projekt.

13. Po otrzymaniu projektu wyślij syna do agencji reklamowej, aby ten dokonał zmian wedle własnego gustu. Najlepiej, aby swoim niezdecydowaniem zmarnował nam przynajmniej godzinę.

14. Na plus zaliczyć można także totalną zmianę projektu (kolorów, układu elementów, dodania od groma niepotrzebnych informacji) przez wspomnianego syna.

15. Jeżeli taki syn poprosi o przesłanie projektu na maila, aby ojciec mógł go zobaczyć, to masz złote dziecko. Idealnego spadkobiercę twojego januszowego biznesu.

16. Po otrzymaniu nowego projektu zadzwoń i narzekaj, że wszystko jest nie tak, jak w twojej wizji i że w ogóle nie znamy się na robocie. Wymagaj pierwszej wersji, ale...

17. ...dokonaj w niej pierdyliarda zmian.

18. Modyfikacji projektu wymagaj na bieżąco, podczas rozmowy telefonicznej. Przecież tak najwygodniej (podobno) wykonuje się projekty.

19. Rozmowę zakończ dopiero po otrzymaniu projektu na maila.

20. Odczekaj dwa dni. Robocze.

21. Zadzwoń. Zaakceptuj projekt i dodaj, że za godzinę podjedziesz na oklejanie. W końcu akurat masz na to chwilę, góra dwie.

22. Bulwersuj się z powodu konieczności ustalenia bardziej realnego terminu, który pozwoliłby na sprowadzenie folii od producenta i przygotowanie jej pod oklejanie.

23. Zażądaj oklejania w sobotę, bo akurat masz wolne.

24. Wyraźnie zaznacz oburzenie na wieść, że oklejanie w soboty jest droższe. Kto w ogóle sobie wymyślił, żeby pracownikom płacić za nadgodziny i weekendy?!

25. Po ustaleniu terminu i zakończeniu rozmowy odczekaj pięć minut.

26. Zadzwoń i poinformuj o konieczności wprowadzenia kolejnych zmian do projektu.

27. Po otrzymaniu kolejnej wersji projektu zniknij na kilka dni, aby agencja reklamowa nie była w stanie się do ciebie dobić w celu potwierdzenia nowego wzoru oklejania i ustalenia kolejnego terminu montażu folii.

28. Znów wyślij młodego, aby rzucił okiem na projekt. Społecznie premiowana jest sytuacja, kiedy młody siedzi i wymyśla przez pół godziny, aby finalnie dokonać zwykłej zamiany miejsc dwóch elementów.

29. Na deser wymyśl przesunięcie elementu w miejsce, w które przesunąć się go nie da.

30. Zaakceptuj zrobiony w pocie czoła totalnie abstrakcyjny projekt i.... tyle.

31. Dopiero następnego dnia ogłoś światu, że choćby wiało, padało i kosmici atakowali, ty jutro z rana podstawiasz samochód, bo na bank nie mamy innych montaży zaplanowanych tydzień wcześniej.

32. Łaskawie zgódź się na inny termin.

33. Staw się (koniecznie z samochodem do oklejenia) w wyznaczonym miejscu o wyznaczonym czasie.

34. Patrz nam na ręce. Z bliska. Z bardzo bliska. Abyśmy na karkach czuli twój niekoniecznie świeży oddech. I pod żadnym pozorem nie daj się wygonić.

35. Po skończonej robocie uznaj, że jest ładnie, pięknie wręcz i cudownie, ALE... tu jest coś przesunięte o milimetr, tam się światło od folii źle odbija i takie tam.

36. Łaskawie zapłać, zapakuj się do samochodu i spie....

19 sie 2020

Nie wiem o co cho.... Czyli jak to jest z tymi klyentami w agencjach reklamowych. I

W latach dawno minionych, kiedy w rok po zakończeniu szkoły średniej (technikum na jakże wdzięcznym profilu technika elektronika, który z człowieka robił teoretyka bez krzty praktyki), udałem się dni otwarte tegoż publicznego przybytku ku poprawie edukacji młodzieży postawionego. Od jednego z tamtejszych nauczycieli przedmiotów zawodowych usłyszałem pełne dezaprobaty i braku wiary w młodych słowa dotyczące uczniów wybierających studia humanistyczne po technikum, a także niezwykłą zagwozdkę tego belfra o tym, co człowiek może robić po takiej edukacyjnej mieszance. No chyba nic? Cóż... jak akurat wybrałem filologię polską... Dzięki temu mogę jednak udzielić odpowiedzi: taki człowiek robić może w branży reklamowej. Wie, jak ciekawie napisać tekst reklamowy, umie zlutować ze sobą elementy reklamy świetlnej, a niekiedy i taką zaprogramować, a co najważniejsze - wie gdzie młotkiem w drukarkę wielkoformatową przyfastrygować, gdy ta odstawia fochy i paskuje wydruk.

Praca ogólnie cud miód. Szczególnie w małej firmie, gdzie można pobawić się niemal na każdym stanowisku; od doradcy klienta i projektanta, przez montażystę i specjalistę od oklejania aut, po księgowego i starszego konserwatora powierzchni płaskich. Zawód ten, podobnie jak i inne, ma swoje zalety i wady. Zalety już wymieniłem. Do wad należy stres, liczne nieprzekraczalne terminy, jeszcze ciut stresu i klienci. Szczególnie ci ostatni bywają niekiedy solą na rany (ale tak miewa chyba każdy, kto na co dzień ma kontakt z inną osobą po drugiej stronie lady). Oczywiście nie wszyscy są złem wcielonym. Niektórzy są jeszcze gorsi! Niemniej stanowią wyraźną, acz zapadającą w pamięć mniejszość wartą opisania. 

A! Wszelkie podobieństwa osób, firm i innych takich do osób oraz instytucji fikcyjnych są zamierzone, a wręcz celowe!


............


Klient odbiera dosyć spore zamówienie, w skład którego wchodzi między innymi pieczątka. Patrzy na ów stempel, uruchamia zwoje myślowe, widać jak para z uszu leci od ciężkiej pracy i po dłuższej kontemplacji rzecze:
- Coś z tą pieczątką jest nie tak. Nie ma nazwy firmy.
- Przy składaniu zamówienia dokładnie Pan powiedział, co ma się znaleźć na pieczątce i nie było tam nazwy firmy.
- No ale nie ma jej tu. Dlaczego?
- Ponieważ taki projekt Panu wysłałem i taki projekt Pan zaakceptował. Jeżeli chce Pan pieczątkę z nazwą firmy, to będę musiał zrobić nową na większym automacie. Na tym modelu niestety nie uda się zmieścić wszystkich informacji.
- No dobra....

I przyznam szczerze, bez bicia, że klient mnie tym nie zdziwił. Pomimo otrzymania z projektami dokładnej wyceny, na późniejszych etapach kilkukrotnie prosił o dokładną wycenę.


............


Klient zamówił naklejki. Bardzo proste. Jedynie kilka cyfr wyciętych z folii, które można zrobić w miarę szybko, gdyż najpóźniej dnia następnego musiałby je wykleić na konkretne szafki. Trochę się zdziwiłem, gdy przy odbiorze miał pretensje, że wspomniane naklejki nie są sztywne. Starość? Ogłuchłem? Pamięć nie ta? A może przestałem ogarniać kuwetę? Nic z tego. Reszta ekipy z firmy również słyszała dzień wcześniej, że ten jegomość chciał naklejki. A może to on przybył z innego wymiaru, w którym to u innego mnie zamówił właśnie tabliczki zamiast naklejek?